Kilerka

Była w tym dobra, była profesjonalistką. Precyzyjnie opracowana strategia uwzględniała nawet mało prawdopodobne ewentualności. Na ten przykład, kiedy całe miasto pogrążyło się w chaosie wywołanym wielogodzinnym brakiem prądu, przyjęła to bez zaskoczenia i spokojnie przeszła do planu awaryjnego. Nienawidząc niespodzianek uprzedzała je, ćwicząc pod ich kątem wyobraźnię, a zarazem będąc w stałej gotowości. Takie pojęcia, jak szkielet projektu czy mglista idea nie wchodziły dla niej w rachubę. Tworzyła koncepcje, które niczym doskonała statycznie konstrukcja zawsze gwarantowały jej pion i stabilność.
Urodę miała przeciętną, lecz dbała o nienaganny wygląd. Męża, typowego pracoholika, widywała rzadko; praktycznie od rana po noc przebywali w odrębnych światach. On zapewniał jej dobrobyt, nie dostrzegając, że co dla niego symbolem luksusu, dla niej stało się złotą klatką. Cóż, kiedy nie była już w stanie wyrzec się jej i zacząć od nowa. Dzieci mieć nie mogli, a zresztą, nie przepadała za nimi, podobnie jak za zwierzętami. Nie ufając ludziom, nie utrzymywała z nimi bliskich przyjaźni. Nie odkryła w sobie najmniejszego talentu, nie zapaliła się do żadnej pasji. Przypuszczała, że gdyby nie nauczyła się zabijać, pewnikiem popadłaby w obłęd. Zabijanie było wypełnieniem jej egzystencji, ucieczką przed myślami, iż jej istnienie pozbawione jest sensu.
Wtopiona w środowisko, którym potajemnie gardziła, wypracowała sobie metodę pozornych kontaktów, będących parawanem dla jej działań. Nikt z otoczenia nie domyślał się, że jej ustabilizowany tryb życia skrywa morderczą tajemnicę. Do znajomych dzwoniła naprzemiennie, w ustalonym rytmie i zawsze więcej dowiadując się od nich niż samej coś zdradzając. Tak zdobyta wiedza pomagała opracować jej dalekosiężne plany, wprowadzić małe urozmaicenia. Z pedanterią trzymając się sprawdzonych metod nie zezwalała sobie na żadne odstępstwa. Musiała być ostrożna; aby samej przetrwać, wszystko musiało lecieć raz ustalonym torem.
Zabijała dzień pod dniu, czyniąc sobie przerwy w dniach wolnych od pracy, podczas których towarzyszył jej małżonek. Tylko sporadycznie zdarzały się wyjątki od tej reguły, jednak z biegiem lat było ich coraz mniej. Zadając śmierć nigdy nie czuła nienawiści. Ofiarę traktowała jak kogoś, kogo trzeba szybko wyeliminować, nim mogłyby się odwrócić role. Za nic nie mogła dopuścić do tego, by to nad nią zapanowano. Likwidując działała więc jak zaprogramowany automat, nie zezwalając sobie na jakiekolwiek wątpliwości. W jej mniemaniu tak być musiało, inne wyjście nie wchodziło dla niej w rachubę.
Od pierwszych chwil po przebudzeniu się metodycznie dopasowywała się do kolejnych zadań. Ktoś obserwujący ją ukradkiem mógłby nawet uznać, że jej codzienność przepełnia nudnawa stagnacja. Wskazywały na to stałe punkty jej dnia, jakby ściśle powiązane z ulubionymi serialami telewizyjnymi. Pomiędzy pieczołowicie przygotowywane posiłki, godzina lektury ilustrowanych pism, spacery i drobne obowiązki domowe, ponadto dwa razy w tygodniu wyjście z kimś na kawę, a w poniedziałki – wizyta w dużym centrum handlowym. Dochodziły do tego terminy u fryzjera, kosmetyczki i w studio fitness, regularnie odwiedzała też lekarzy. Nawet podsłuch telefoniczny nie ujawniłby nic podejrzanego, podobnych do niej, niepracujących pań domu mieszkało w tej dzielnicy bez liku. Jej alibi było pierwszorzędne. Dzisiaj, po długim dniu wypełnionym drobiazgowym programem, zasypiała z uczuciem dobrze spełnionego obowiązku, ale i nieziemsko zmęczona. Tak, zabijanie czasu absolutnie nie należało do łatwych zajęć, a ileż pracy było jeszcze przed nią!